Do dwóch razy sztuka, czyli próba przejechania tzw. „starej węglówki” - lipiec/sierpień 2016

Ciekawym pociągiem w rozkładzie jazdy 2015/2016 był TLK „Gemini” relacji Rzeszów – Hel i z powrotem. Skład jechał przez tzw. „starą węglówkę”, czyli przez Kościerzynę. Na tej trasie kursowały głównie pociągi osobowe i towarowe, a połączenia dalekobieżnego przez Kościerzynę nie było od bardzo dawna. Nic dziwnego, że społeczność miłośników kolei mocno się tym zainteresowała. Dla wielu osób był to główny cel wyprawy. Między innymi dla mnie. XD Wszystko wyglądało dobrze, ale w połowie lipca 2016 roku przez Polskę przeszły gwałtowne burze z dużą ilością opadów. Trójmiasto zostało częściowo podtopione – do tego stopnia, że jeden tramwaj utknął w wodzie. Rok wcześniej, 1 września 2015 roku, ruszyła Pomorska Kolej Metropolitalna, czyli PKM – świeżo otwarta linia kolejowa uzupełniająca układ komunikacyjny Trójmiasta od zachodniej strony. Niestety trasa PKM również ucierpiała. Opady były tak silne, że deszcz „zeskrobał” ziemię z nasypów kolejowych. Linia nie nadawała się do eksploatacji i konieczne było wstrzymanie ruchu. Problem dotyczył także TLK „Gemini”. Pociąg wyjeżdżał z Gdyni Głównej na linię nr 201, czyli „starą węglówkę”, i odbijał na południowy zachód. Przejeżdżał przez stacje Gdynia Wielki Kack i Gdańsk Osowa, wyremontowane w ramach PKM. Po nawałnicach nasypy w okolicy tych stacji były podmyte.

W związku z zawieszeniem ruchu PKP Intercity wprowadziło komunikację zastępczą na odcinku Laskowice Pomorskie – Gdynia Główna, obsługując pośrednie stacje, m.in. Czersk, Bąk i Kościerzynę. Sam pociąg pojechał objazdem przez Tczew i Gdańsk Główny.

 

Podejście nr 1

Kraków Główny – Warszawa Centralna – Gdynia Główna – Kutno – Kraków Główny

4 lipca 2016 roku kupiłem bilety na 16 lipca: Kraków – Warszawa – Gdynia oraz powrót Gdynia – Kraków na 17 lipca. Był to moment, w którym byłem zupełnie pewien, że kółeczko normalnie się objedzie i będzie git. Z 14 na 15 lipca przez Trójmiasto przeszła ta nasza „kochana” burza. Pierwsza myśl: „Kurde, trochę przypał… pewnie nic z wyjazdu nie będzie. Może lepiej zwrócić bilety i pojechać dopiero wtedy, gdy wznowią ruch na PKM”. Druga myśl: „CO? DESZCZ? Akurat wtedy, kiedy chcę jechać? Ciul, i tak pojadę. Może do 16 lipca zrobią tory. Przecież specjalnie kupowałem bilety wcześniej, żeby było taniej. Wszystko zaplanowane… Ehhh”. Zwyciężyła druga myśl. Spróbowałem i pojechałem.

Wyruszyłem po porannej zmianie na autobusach dowozowych. Pracę skończyłem o 14:00 i z Wieliczki do Krakowa pojechałem osobówką KMŁ. Następnie Flirtem do Warszawy – cała podróż przebiegła planowo. W Warszawie miałem około dwóch godzin czekania. Mogłem wyjechać później z Krakowa, ale dostępne były głównie pociągi Pendolino, a nie było już biletów w promocyjnej cenie. „Gemini” przyjechał planowo do Warszawy Centralnej. Zająłem miejsce w przedziale zgodnie z biletem. Jechałem z dwoma współpasażerami, więc było luźno. Podczas pierwszej kontroli zapytałem konduktora, czy będzie komunikacja zastępcza przez Kościerzynę. Odpowiedział, że prawdopodobnie nie, ale jeszcze się okaże. Poszedłem spać. Obudziłem się przed Bydgoszczą i usłyszałem komunikat o ZKA. Czyli jednak autobus będzie. Trudno – jadę do Gdyni. Okazało się, że od Bydgoszczy do Gdyni pociąg nie zatrzymał się na żadnej stacji. Ciekawe doświadczenie, bo nigdy wcześniej nie miałem okazji jechać „na przelocie” przez Gdańsk i Sopot. Niby drobnostka, ale zupełnie inaczej się to czuje. Tam, gdzie zazwyczaj wszystkie pociągi stają, ty jedziesz po prostu dalej, bez zatrzymania. W efekcie „Gemini” przyjechał do Gdyni Głównej ponad godzinę przed planem – około 4:20. To był dla mnie szok. Miałem wykupiony bilet na pociąg pospieszny, który odjeżdżał z Gdyni około 5:30. Nie chciało mi się na niego czekać, więc zwróciłem bilet. Sprawdziłem na telefonie wcześniejsze połączenia i wybrałem alternatywną trasę do Krakowa: Flirtami z przesiadką w Kutnie. Oczywiście najtańszą i w miarę najszybszą.

Kupiłem nowy bilet i wsiadłem do pociągu. Między Toruniem a Kutnem zjadłem w Warsie śniadanie – klasycznie zestaw „Śniadanie polskie”. Potem spałem i spałem. Cała podróż odbyła się planowo i bez przygód. TLK „Gemini” wrócił na swoją trasę 18 lipca 2016 roku, w relacji Hel – Rzeszów Główny.

 

 

Podejście nr 2

Kraków Główny – Poznań Główny – Gdynia Główna – Lublin – Lublin Airport – pieszo – Świdnik Miasto – Chełm – Lublin – Parczew – Lublin – Kraków Płaszów

Drugie podejście zaplanowałem na drugą połowę sierpnia, kiedy trasa PKM była już całkowicie przejezdna i znalazłem wolny termin, żeby ruszyć w drogę. Napisałem „niestety”, bo pod koniec sierpnia wschód słońca jest już później, a zachód odpowiednio wcześniej. TLK „Gemini” przyjeżdżał do Gdyni bardzo wcześnie, bo około 5:30. Najlepszą opcją byłaby jazda w połowie czerwca, kiedy noce są najkrótsze. Przy pierwszym podejściu połowa lipca też byłaby jeszcze w porządku dla porannego pociągu. Musiałem dobrze przemyśleć trasę, bo było kilka spraw do załatwienia. Po pierwsze: przejechać się TLK „Gemini” — to był główny cel.

Wakacyjny widok między Pleszewem a Poznaniem.

Po drugie: był to jeden z najwcześniej przyjeżdżających pociągów dalekobieżnych do Lublina, więc wykorzystałem go jako początek drugiej części wycieczki — po niezaliczonych wcześniej szlakach lubelskich. Gdybym jechał z Krakowa do Lublina i z powrotem klasycznie, miałbym mniej czasu na miejscu, mniej więcej od 10:00 do 18:00. Do tego rozkład jazdy oferował wtedy gorsze skomunikowania z pociągami krakowskimi. Po trzecie: była to jedna z ostatnich okazji, żeby przejechać się odcinkiem Pilawa – Dęblin – Lublin przed modernizacją. Planowano całkowite wstrzymanie ruchu pociągów na tym fragmencie, żeby sprawniej i szybciej — przynajmniej w teorii — przeprowadzić remont linii. Złożyłem wszystko w jedną całość i wyszła ciekawa trasa. Podobnie jak przy pierwszym podejściu pojechałem pociągami pospiesznymi — tym razem przez Poznań, bo miałem szybsze i wygodniejsze połączenie. Z Krakowa wyjechałem około godziny 13:00 pociągiem TLK „Magnolia”. Klasyczne stare wagony, cała podróż planowo. W Poznaniu miałem około 10 minut na przesiadkę i dalej do Gdyni Głównej odjechałem planowo o godz. xx:xx.

Widok na „powtarzacz” w Inowrocławiu z mojego wagonu.

W Gdyni zameldowałem się planowo, mniej więcej około 22:00. Miałem godzinę wolnego, więc zrobiłem krótki spacer po mieście — poszedłem na ul. 10 Lutego. Najpierw postanowiłem, że o godzinie 22:00 kupię sobie pocztówkę z Gdyni. Bardzo ciekawa pora na zakup pamiątki. XD Znalazłem ją bez problemu. Jedno zadanie wykonane, a do odjazdu TLK „Gemini” zostało jeszcze trochę czasu. Kontynuowałem spacer. Doszedłem do skweru Kościuszki i chciałem wrócić na dworzec. Nie chciało mi się iść pieszo, więc pomyślałem: przecież mogę przejechać się trolejbusem. Kanarów pewnie nie będzie. Poszedłem na przystanek i sprawdziłem połączenie z dworcem. Trolejbus numer 710 przyjechał dwie minuty później. Przejechałem tylko dwa przystanki, bez biletu — dosłownie yolo.

Ul. 10 Lutego – widok w kierunku zachodnim. Trolejbus nieznanej linii jedzie w kierunku dworca kolejowego.

Skrzyżowanie ulic 10 Lutego, Świętojańskiej oraz skweru Kościuszki – widok w kierunku zachodnim.

Skwer Kościuszki – widok w kierunku morza oraz księżyc, który schował się za chmurą.

Nietypowe kształty na obrazie sprawiają, że jest on wyjątkowy.

Ludzie, którzy tutaj przychodzą, mogą położyć się, podziwiać sztukę i jeść.

A w razie gdyby ktoś się zgubił — jest mapa.

I ten moment, kiedy płacisz 2 w 1. Kupując posiłek, masz jedzenie i tak jakby bilet do galerii sztuki słońca. Jak to się mówi: przez żołądek do serca. Najedzeni są ci, którzy oglądali dzieła, albowiem zobaczyli piękno na dworcu w Gdyni. Oczywiście w tym zacnym miejscu zamówiłem McChickena w zestawie z dodatkowymi burgerami, żeby pokonać głód. Może to trochę śmieszna wstawka o McDonaldzie, ale w środku jest naprawdę bardzo ładnie, co potwierdzają zdjęcia. Cały dworzec wygląda pięknie dzięki remontowi z 2012 roku. Po jedzeniu poszedłem na peron i czekałem na pociąg. „Gemini” przyjechał planowo. Zająłem miejsce w przedziale sześciomiejscowym w wagonie pierwszej klasy, zdeklasowanym na „dwójkę”. Miałem cały przedział dla siebie. Skład, z tego co pamiętam, był zestawiony z siedmiu wagonów. Odjazd odbył się planowo. Nadszedł ten moment w życiu, kiedy wyjechałem z Gdyni Głównej na „bezdrucie”, czyli linię bez sieci trakcyjnej. To nie była najlepsza pora na zaliczanie i oglądanie widoków, ale nocne podróże też mają swój urok. Gdy robię zapoznanie szlaku jako kierownik pociągu, muszę odbyć jedną jazdę w nocy, więc nocne zaliczanie również się liczy — przynajmniej według mojej zasady zaliczania. Takich zasad jest więcej, szczegóły na Nonsensopedii. Serio, ktoś był większym śmieszkiem ode mnie i wymyślił to i owo. Pierwszy postój był na małej stacji — Gdańsk Osowa. Pociąg nie zmieścił się przy krótkim peronie, mającym około 100 metrów długości. Problem tego peronu był jednak głębszy. Linia została zmodernizowana, a infrastruktura projektowana była w czasach, gdy przewozy kolejowe spadały — mam na myśli mniej więcej lata 2010–2014, kiedy projektowano i budowano PKM oraz modernizowano inne linie. Długość peronu dostosowano do zwykłego dwu- lub trzyczłonowego szynobusu spalinowego, który miał wystarczyć przy małej frekwencji. No bo przecież nikt nie jeździ pociągami. Pomijam już kwestie bezpieczeństwa: gdybym chciał wysiąść, mogłoby się okazać, że muszę skoczyć na kamienie, bo peron jest gdzieś daleko. W tej sprawie można odnieść się do książki Karola Trammera „Ostre cięcie. Jak niszczono polską kolej”, gdzie temat zmniejszania infrastruktury jest szeroko opisany. Pomijając kwestie peronu, stacja wyglądała tajemniczo. Wychyliłem się przez okno i zobaczyłem gęstą mgłę. Światła świeciły delikatnie, wszystko miało mroczny klimat. Gdyby przenieść się kilka lat wcześniej, przed modernizacją, efekt byłby jeszcze mocniejszy: stare perony, stare światła, stare tory i semafory kształtowe. Gwarantowana podróż w czasie. Następny postój był w Kościerzynie — bez większych wrażeń. Nie patrzyłem przez okno, bo zrobiło się zimno na zewnątrz. Nie chciałem wychładzać przedziału, tym bardziej że ogrzewanie było wyłączone. Kilkanaście minut po odjeździe z Kościerzyny rozłożyłem się na dwóch siedzeniach: na jednym siedziałem, na drugim położyłem nogi i poszedłem spać. Przebudziłem się w Czersku i Laskowicach Pomorskich.

Prawdziwe „przebudzenie mocy” miałem dopiero w Bydgoszczy Głównej. Usłyszałem szuranie i szemranie — ludzie chodzili po korytarzu. Szykowała się większa grupa dosiadających. Nie przejąłem się tym specjalnie i zamknąłem oczy, żeby kontynuować spanie. Nagle obudziła mnie rozmowa. Do przedziału wszedł jakiś gość z problemami z mową oraz dwie dziewczyny. Gość zachował się dziwnie, bo usiadł przy moich nogach. Zamiast mnie obudzić, szturchnąć albo powiedzieć, że ma tutaj miejsce, po prostu usiadł. Trochę się w środku wkurzyłem, ale nie zmieniłem pozycji. Oczy miałem dalej zamknięte i nasłuchiwałem, co będzie dalej. Dziewczyny stanęły w mojej obronie:

– Co pan robi? Przecież on śpi. Może pan usiądzie obok?
– Nie! Ja tu mam miejsce! – odpowiedział pan strażnik moich nóg.

„Gościu, ale masz problem… Jeszcze dwa miejsca są wolne. Co ty w ogóle odwalasz?” – pomyślałem.

Na tym skończyło się całe „przebudzenie mocy”, bo znowu zasnąłem i nic więcej się nie działo. Przebudziłem się później, prawdopodobnie gdzieś między Toruniem a Kutnem. Zobaczyłem, że wszystkie miejsca w przedziale są zajęte: pan strażnik, dwie dziewczyny i jakieś nowe twarze. 

Loading Windows System – trwa uruchamianie systemu po hibernacji.

Ogarnąłem, co się dzieje, i zabrałem nogi od mojego strażnika. Włożyłem je do butów, bez wiązania. Stwierdziłem, że zawiążę później, kiedy będę chciał przejść się po pociągu i rozprostować kości. Kontynuowałem spanie. Ostatecznie obudziłem się przed Warszawą i już dalej nie spałem. Przygotowałem się do kolejnego etapu wycieczki, czyli przejazdu po linii nr 7 na odcinku Pilawa – Lublin. W Warszawie Wschodniej wyszedłem na chwilę na peron, żeby sprawdzić pogodę. Było słonecznie, niezbyt ciepło, ale przyjemnie. Typowy sierpniowy poranek zwiastujący jesień. Trytytka lekarstwem na wszystko. Oczywiście drzwi zamknięte również na kwadrat. Od Pilawy był miód dla uszu i oczu. Pociąg jechał około 120 km/h i ładnie stukał co kilometr. Do tego starsza infrastruktura z dawnych modernizacji, miejscami jeszcze z czasów elektryfikacji. Do Lublina przyjechałem planowo. Na stacji kręcono jakiś film. Ekipa filmowa była rozstawiona na peronie przy budynku dworca. Do zdjęć pozował szynobus serii SA138 Przewozów Regionalnych z relacją „Kraków” na wyświetlaczu. No to producent dał popalić bohaterom filmu, skoro mieli jechać cztery godziny do Krakowa w szynobusie. Plastic fantastic. Następnie poszedłem na inny peron, żeby wsiąść do pociągu na lubelskie lotnisko. Stał tam mały szynobusik — mniejszy od zwykłego autobusu miejskiego, choć myślałem, że pojadę EN57. Siedzenia były zwykłe, tramwajowe: twarde, ale wygodne na krótką podróż. Zająłem jedno z nich. Pociąg ruszył planowo.

Szynobus Przewozów Regionalnych pozuje do zdjęć na planie filmowym w Lublinie.

Nawet filmowany pociąg miał wyświetloną relację! Choć mało kto chciałby jechać szynobusem z Lublina do Krakowa przez Warszawę, hehe. :D

W środku jechało około 10 osób, więc pojazd był dobrze dobrany pod frekwencję. Podróż trwała około 15 minut i przebiegła bez przygód. Pociąg zatrzymywał się na wszystkich stacjach i przystankach po drodze — w sumie było ich tylko kilka. Co ciekawe, bilet normalny kosztował 5,30 zł, bez żadnych promocji ani ofert specjalnych. W Krakowie za podobną wycieczkę podróżny zapłaciłby 9 zł. Wysiadłem z pociągu. Na lubelskim lotnisku jest tylko jeden tor, ale dwa perony — po obu stronach toru. Panowały tam spokój i cisza. Budynki lotniska były głównie białe. Niestety pociąg powrotny do Lublina miał odjechać dopiero za kilka godzin, bo tutejszy rozkład jazdy był dostosowany do połączeń lotniczych. Na przykład jeden pociąg z Lublina o 10:00 jeździł we wtorki i czwartki, a inny o 12:00 tylko w środy lub soboty. Jeden z najmniejszych pojazdów szynowych przeznaczonych do przewozu osób stoi na peronie przystanku Lublin Airport kilka minut po przyjeździe z Lublina. Pojazd idealnie dobrany do małej frekwencji.

Budynek lotniska – bardzo mały w porównaniu do Krakowa lub Warszawy. Nie wiem dokładnie, jaką pełni funkcję, ale wielkość odpowiada tutejszej pracy przewozowej.

Obracamy się lekko w prawo od budynku i widzimy pas startowy.

Znowu w prawo – widok na parking dla samochodów.

Tak prezentuje się przystanek z częściowym zadaszeniem. Moim zdaniem można było od razu zasłonić całą infrastrukturę kolejową.

Widok w lewo – w oddali widać wieżę kontroli lotów.

Schody donikąd? Możliwe, że ktoś zapomniał dodać przejścia między peronem a drogą samochodową. Wygląda to komicznie.

Żeby nie było – konsekwentnie druga strona też ma „naturalne zejście”.

Trochę inne spojrzenie na przystanek Lublin Airport.

Naturalne zejście z peronu od strony drogi samochodowej.

Tu też coś nie pykło. Czyżby niedokończona bocznica, stary tor albo tor zapasowy? Nie znalazłem powodu, dlaczego ten tor tak sobie leży. Może czeka na lepsze czasy albo na większą rozbudowę lotniska. W tamtym kierunku zrobiłem sobie krótki spacer. Gdy planowałem wycieczkę, musiałem tak ułożyć trasę, żeby sprawnie przejechać się daną linią kolejową i wrócić do ważniejszego punktu przesiadkowego. Chodziło o to, żeby zaliczyć jak najwięcej. Dlatego z lubelskiego lotniska poszedłem pieszo do stacji Świdnik Miasto. Przyjemny spacerek nikomu jeszcze nie zaszkodził. Skwer znajduje się w sąsiedztwie przystanku kolejowego Świdnik Miasto. Gdy dotarłem na stację, miałem jeszcze sporo czasu do pociągu do Chełma. Podczas oczekiwania przez stację przejechał długi pociąg towarowy z zielonymi węglarkami należącymi do pobliskiej Kopalni Węgla Kamiennego „Bogdanka”. Osobówka do Chełma w postaci EN57 przyjechała planowo.

Świdnik Miasto – widok w kierunku wschodnim.

Świdnik Miasto – peron 2.

Wsiadłem i rozpocząłem zaliczanie. Do obserwacji większego szału nie było. Dużo dzikich terenów i nieużytków, trochę drzew i pagórków, a bardziej cywilizowane krajobrazy pojawiały się dopiero przy stacjach. Zbliżając się do Chełma, zauważyłem, że do linii dołącza pojedynczy tor szerokotorowy. W połowie drogi między Rejowcem a Chełmem widać tutejszą cementownię oraz częściowo kopalnię odkrywkową, w której wydobywa się wapień do produkcji cementu. Tor bocznicowy był pokryty białym nalotem — pyłem wapiennym, który mógł wydostać się z nieszczelnych wagonów albo osadzić pod wpływem silniejszego wiatru. Do Chełma przyjechałem planowo. Zrobiłem kilka dokumentacyjnych zdjęć na stacji. W budynku dworca również wykonałem kilka pamiątkowych ujęć. Przede wszystkim chciałem zarchiwizować stary typ tablicy z rozkładem jazdy odjazdów i przyjazdów, który odchodził do lamusa na rzecz nowych systemów informacji. 

Tablica odjazdów w poczekalni na stacji Chełm.

Do kolekcji zdjęć w galerii telefonu dołączyła też mapka miasta oraz stare zdjęcie chełmskiego dworca z czasów, gdy te tereny należały do zaboru rosyjskiego. Później poszedłem do Biedronki zrobić mały zapas na dalszą podróż i zaspokoić głód.

Zdjęcie stacji Chełm z czasów zaboru rosyjskiego.

Budynek dworca kolejowego w Chełmie – czasy obecne.

Mapa podglądowa miasta Chełm znajdująca się w sąsiedztwie stacji kolejowej. Stacja, na której jestem, znajduje się centralnie na środku zdjęcia.

Z Chełma wyjechałem planowo i na pożegnanie zrobiłem jeszcze kilka fotek.

Perony.

Nastawnia wykonawcza, a na drugim planie tory szerokotorowe.

Przed Lublinem zwróciłem uwagę na łącznicę umożliwiającą przejazd od strony Świdnika lub stacji Lublin Tatary — bardzo dużej stacji towarowej — w kierunku Łukowa. Było widać, że jest nieczynna: tory zarośnięte i zardzewiałe.

W Lublinie byłem planowo. Następnie przesiadłem się na REGIO do Parczewa, leżącego na linii Lublin – Łuków. Wtedy pociąg kończył jeszcze bieg na przystanku Parczew Kolejowa. Szynobus stał podstawiony przy nowym, małym peronie, w miejscu, gdzie dawniej znajdował się tor odstawczy dla wagonów Poczty Polskiej, służący do załadunku i rozładunku przesyłek. Odjazd odbył się planowo. Linia do Parczewa była świeżo po remoncie. Dzięki temu w 2013 roku wznowiono przewozy pasażerskie. Reaktywacja cieszyła się dużym zainteresowaniem podróżnych. Oferta była wtedy bardzo dobra jak na początek: wprowadzono atrakcyjne ceny biletów, a rozkład jazdy był dostosowany do pasażerów. Połączenia kolejowe na tej linii zlikwidowano w 2000 roku. Później pojawiały się jedynie okazjonalne pociągi specjalne, złożone z wagonów pasażerskich i towarowych. W niedalekiej przyszłości ta linia miała przeżyć renesans. PLK remontowała wtedy odcinek od Parczewa do Łukowa, ponieważ planowano trasę objazdową na czas remontu linii Lublin – Warszawa, aby Lublin nie stracił bezpośredniego połączenia ze stolicą. Również łącznica omijająca Lublin od wschodu i północy miała zostać wyremontowana — głównie na potrzeby transportu węgla z kopalni „Bogdanka” w różne rejony Polski. Rozpoczęliśmy jazdę. Pociąg wyjechał z Lublina w kierunku wschodnim, linią kolejową w stronę Chełma. Za przystankiem Lublin Północny skręcił na północ, gdzie zaczyna się linia do Łukowa. Lublin pożegnał nas pagórkowatym krajobrazem i osiedlami, do których w sąsiedztwie torów prowadziło wiele dzikich ścieżek przez krzaki. W niektórych miejscach było widać ślady po drugim torze — najlepiej na mostach nad rzekami, drogami albo przepustami nad niewielkimi ciekami wodnymi. Prawie przy każdej stacji znajdowała się jedna bocznica albo więcej, prowadząca do fabryki lub innego zakładu przemysłowego. Z dziesięciu bocznic, które widziałem, czynna była może jedna albo dwie. A szkoda, bo kilka z nich miało po kilka torów zdawczo-odbiorczych, co świadczyło o tym, że kiedyś koleją przewożono tam dużo towaru. Historia zrobiła jednak swoje. Większość zakładów napotkanych na trasie Lublin – Parczew zamknięto albo zlikwidowano. Czasem zostały po nich tylko betonowe płyty. Inne firmy zrezygnowały z usług kolei i usunęły torowisko ze swojego terenu. Jadąc pociągiem, zawsze zwracam uwagę na takie elementy, bo można zobaczyć coś ciekawego. Wysiadłem na stacji w Parczewie. Mogłem jechać do samego końca, ale nie żałowałem. Zrobiłem kilka zdjęć dokumentacyjnych.

Widok na stację w kierunku Lublina.

Widok na stację w kierunku Łukowa. Widać, że zadbano o infrastrukturę pasażerską.

Ponownie widok na stację w kierunku Lublina, dodatkowo z podglądem na rozkład jazdy. Pociągów nie było zbyt dużo, ale nie jeździły puste.

Budynek stacyjny wraz z nastawnią.

Po kilkunastu minutach przyjechał ten sam szynobus, którym tu dotarłem. Po wejściu do pociągu poszedłem kupić bilet u kierowniczki. Była zaskoczona, że od razu wracam i znowu się spotykamy.

Do Lublina przyjechałem planowo. Miałem około 40 minut na przesiadkę do pociągu do Krakowa. Na tablicach dworcowych pociągi przyjeżdżające miały solidne opóźnienia, sięgające nawet około 70 minut. Prawdopodobnie doszło do zerwania sieci trakcyjnej. Gdy wsiadłem do pociągu, przed odjazdem z głośnika w przedziale popłynął komunikat: „Szanowni Państwo, informujemy, że nasz pociąg odjedzie z opóźnieniem około 30 minut”. Przyjąłem tę informację spokojnie. Byłem już na ostatniej prostej, więc pociąg mógłby być spóźniony nawet dwie godziny. Ostatecznie odjechaliśmy z Lublina z opóźnieniem około 20 minut, a na całej trasie nie było już żadnych niemiłych niespodzianek. 

 

Na koniec dołączam jeszcze mapki z trasami spacerów.

Trasa spaceru w Gdyni.

Trasa spaceru z lotniska w Świdniku na stację.